„Jesteśmy ludźmi, którzy odkryli, że życie z Bogiem naprawdę ma sens.
Gospel Days to przestrzeń, którą stworzyliśmy z serca – dla każdego, kto szuka sensu, relacji, nadziei i wsparcia.
Wiemy, że wielu z nas doświadczyło trudnych sytuacji w życiu, zawodów, bólu, zniechęcenia. Może ktoś Cię zranił, a może Ty kogoś. Może czułeś się oceniony, niezrozumiany, pominięty, a może niszczy Cię wstyd czy nieprzebaczenie.
Jedno wiemy na pewno- Bóg jest miłością, kocha Cię. On przyjmuje każdego kto do Niego się zwraca, prosi Go o pomoc, jest dostępny w każdym momencie życia, pośród naszych pytań słabości i historii.
Nie trzeba być „religijnym", żeby z nami pogadać.
Nie oceniamy. Słuchamy.
Jesteśmy częścią chrześcijańskiej wspólnoty w Olsztynie – Kościoła „Twoja Przystań" ⚓, który działa w Polsce od wielu lat i należy do szerszej rodziny Kościołów Ewangelicznych.
Możesz przyjść, zadać pytanie, pomilczeć, napić się herbaty.
To jest przystań – dla Ciebie."
Co to jest Ewangelia?
Ewangelia – słowo, które wielu z nas słyszało już nieraz. Ale czy kiedykolwiek naprawdę zastanowiłeś się, o co w niej tak właściwie chodzi? Może obiło Ci się kiedyś o uszy określenie „Dobra Nowina". Brzmi zachęcająco, prawda? A jednak tak niewielu naprawdę wie, co się pod nim kryje.
I właśnie dlatego tu jesteśmy — my, chrześcijanie — by się tym podzielić.
Każdy z nas, bez wyjątku, w pewnym momencie swojego życia zgrzeszył. Nie ma człowieka, który nigdy nie zboczył z właściwej ścieżki. Choćbyśmy starali się naprawić swoje błędy dobrymi uczynkami, to i tak nie wystarczy… Bo tego, co już się wydarzyło, nie da się cofnąć.
Być może słyszałeś już, co Biblia mówi o grzechu:
„Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć" (Rz 6,23)
„Dusza, która grzeszy, ta umrze" (Ez 18,20)
„To wasze winy są tym, co was oddziela od waszego Boga" (Iz 59,2)
Brzmi to poważnie… Więc gdzie w tym wszystkim kryje się ta dobra wiadomość?
Właśnie w Jezusie.
To On przyszedł na świat, wziął na siebie grzech każdego człowieka, zaniósł go na krzyż, oddał za nas swoje życie — i zmartwychwstał. To, co było nie do naprawienia po naszej stronie, On wziął na siebie. Zapłacił, choć sam był bez grzechu — doskonały Syn Boży.
Co zatem pozostaje nam?
Zaskakująco… nic.
I nie, to nie jest żart. Łaska to dar — a daru nie da się „dopełnić" uczynkami, bo przestałby być darem. Można go jedynie przyjąć.
Dlatego właśnie mówimy dziś o Dobrej Nowinie. Bo każdy z nas, kto żył kiedyś w ciemności, został zawołany po imieniu — i od tej chwili może cieszyć się pełnią wolności. I to nie na chwilę, ale na zawsze.
Biblia jasno pokazuje, jak można ten dar przyjąć:
„Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie."(Rz 10,9–10)
I właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze, prawda?
„Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił."– Efezjan 2:8-9
Nie musisz mieć wszystkich odpowiedzi
Wystarczy, że powiesz Bogu:
„Boże, jeśli naprawdę istniejesz, pomóż mi Cię poznać"
A On odpowie na szczere serce.
Świadectwa
Nagrania video
Świadectwo Moniki
Świadectwo Ani
Świadectwo Aurory Jaworskiej
"Jeszcze kilka lat temu Bóg był mi obcy i zwracałem się do
niego tylko pod wpływem wewnętrznego strachu lecz gdy on
minął mijała także ta obłudna relacja. Nie potrzebowałem go
bo sam byłem silny, nieśmiertelny, miałem innych bożków
takich jak pieniądze czy używki, do czasu aż straciłem swoją
siłę na wszystko.
Wszystko wokół mnie nie było już dla mnie ważne. Ani moja
rodzina ani ja sam nie mówiąc o jakichkolwiek relacjach z
innymi. Wtedy też uważałem, że chyba jednak Boga nie ma, a
ja jestem tak złą osobą, która niszczy wszystko co ją otacza
i krzywdzi najbliższych, że lepiej będzie umrzeć niż się
męczyć życiem.
Doszedłem do tak wielkiego muru że wydawało mi się iż jest
on nie do rozbicia przez nikogo i znałem już nawet datę
swojej śmierci. Czułem wielki zawód sobą jako ojcem dwóch
cudownych córek, że nie dałem rady wychować ich tak jak
zawsze mówiłem że tego chcę.
I wtedy chyba pierwszy raz w życiu myśląc o swoim życiu, tym
że byłem kiedyś szczęśliwy ze swoją rodziną zanim popadłem w
uzależnienie płakałem i rozmawiałem z Bogiem. Mówiłem mu, że
nie mam już siły aby dalej żyć, prosiłem aby czuwał nad moją
rodziną i aby moje dziewczyny zrozumiały, że beze mnie
będzie im lepiej.
Ale nieeeeeee - Bóg jednak znalazł inne rozwiązanie i
okazał swoją miłość oraz łaskę dla takiego degenerata jak
ja.
8 października na mojej drodze życiowej pojawił się mój
anioł stróż i od tego dnia zaczęło się wszystko zmieniać -
była to terapeutka mojej żony jak sama o sobie mówi „jestem
Ewa żona Adama pastora"
To dzięki Ewie i zaproszeniu na Weekend Małżonków Alma w
2023 roku moje/nasze życie zaczęło się zmieniać. Zaczęliśmy
się ze sobą komunikować, uczęszczać do Twojej Przystani.
Zaczęło się pojawiać we mnie uczucie przebaczenia,
zrozumienia i wiara w to że jednak mogę jeszcze być
szczęśliwy.
To co jest dziś, to jak wygląda Nasze życie, jak się nim
cieszymy z Żoną, to droga cudów, trwająca już 20
miesięcy.
Wiem, że to co się wydarzyło tego 8 października to nie
przypadek. Pamiętam słowa Adama na Almie który mówił że mimo
braku Naszej wiary w Nasze małżeństwo oni w Nas wierzą i
kiedyś będę o tym mówił innym.
I to jest właśnie ten dzień 8 czerwca czyli 20 miesięcy
później proroctwo Adama się wypełnia.
Dziękuję Bogu za moje nowe życie i chce podążać przez nie
z nim."
- Krzysztof
"Wychowałam się w rodzinie, w której chrześcijaństwo postrzegano
przede wszystkim jako element polskiej tradycji, a nie jako
osobistą wiarę. Przyjęłam chrzest i Pierwszą Komunię Świętą,
jednak w tamtym czasie nie rozumiałam, na czym polega prawdziwa
relacja z Bogiem.
Ponieważ zawsze czułam, że istnieje coś więcej, zaczęłam
poszukiwać swojej ścieżki duchowej w innych miejscach. Czytałam
wiele książek o duchowości, głównie związanych z tematyką
wędrówki dusz, reinkarnacji, energii i podobnych zagadnień.
Praktykowałam różne metody duchowe, aby nawiązać kontakt z
„wyższą energią". Medytowałam, wprowadzałam się w różnego
rodzaju stany transowe, by poznać swoje poprzednie wcielenia,
uczyłam się pracy z energią Reiki oraz prowadziłam pracę ze
snami.
Nic z tych doświadczeń nie potrafiło wypełnić pustki, którą w
sobie nosiłam. Miałam wrażenie, że rozumiem coraz więcej, jednak
mój stan psychiczny i fizyczny się pogarszał. Przez większość
życia zmagałam się z różnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi:
depresją, zaburzeniami lękowymi, zaburzeniami odżywiania. Bardzo
pragnęłam zrozumieć sens tego, co mnie spotyka, i szukałam
rozwiązania swoich problemów w praktykach duchowych. Przynosiły
mi one jedynie chwilową ulgę, po której następowało
pogorszenie.
W końcu spotkałam mężczyznę, który był tak samo otwarty na
duchowość jak ja. Zajmował się pracą z energią, a ja bardzo
szybko pozwoliłam mu prowadzić na mnie swoje terapie. Początkowo
sesje przynosiły mi ogromną ulgę i spokój. Czułam, jak moje
traumy z dzieciństwa oraz tłumione emocje zaczynają się
uwalniać. Efekty były spektakularne, co sprawiało, że otwierałam
się coraz bardziej.
Jednak po pewnym czasie wszystko zaczęło się pogarszać. Zaczęłam
mieć koszmary, których wcześniej nigdy nie doświadczyłam w takim
nasileniu. Te sesje sprawiały, że stawałam się coraz bardziej
zależna od tego mężczyzny. Kiedy traktował mnie źle, nie
potrafiłam postawić granic. Nasza relacja pogarszała się, nie
chciałam z nim być, ale nie mogłam odejść.
W końcu dotarło do mnie, że energia, z którą pracuje ten
mężczyzna, nie pochodzi z dobrego źródła. Poprosiłam o pomoc
moją znajomą chrześcijankę, która pojawiła się w moim życiu
mniej więcej w tym samym czasie co on. Czułam, że muszę wrócić
do Kościoła, żeby oczyścić się z wpływu tych terapii.
To był najbardziej przełomowy moment w moim życiu. Otworzyłam
swoje serce na Jezusa i przyjęłam Go do siebie.
Chrześcijaństwo przez większość mojego życia było dla mnie
odrzucające, ale w tamtym momencie poczułam, że to jedyna
prawda, która może mnie ocalić od całego mroku. I tak się
stało.
Jezus mnie uratował, zabrał cały mrok, który wpuściłam, i
uleczył moje poranione serce.
Dzięki Niemu odzyskałam swoją tożsamość, w końcu wiem, kim
naprawdę jestem. Nadal trudno mi uwierzyć, że rozwiązanie było
tak proste. Mimo że popełniłam wiele błędów, które były
sprzeczne z Jego nauką, On przyjął mnie, wybaczył i
zaakceptował.
Dzięki Niemu każdego dnia staję się lepszym człowiekiem. Nigdy
wcześniej nie czułam w sobie tyle miłości, którą teraz mogę
dzielić z innymi ludźmi. Jestem dumna, że mogę nosić to światło
w sobie. Moje życie dopiero teraz się zaczęło."
- Świadectwo anonimowe
"Nazywam się Mercedes i dziś chcę Wam opowiedzieć, jak Pan
wyratował mnie z najgłębszej otchłani i dał mi nowe
życie.
Przez ponad 20 lat byłam pogrążona w okultyzmie.
Profesjonalnie zajmowałam się astrologią i miałam ponad 600
klientów na całym świecie. Byłam też praktykującą buddystką
przez 18 lat. Nie wierzyłam w Boga, byłam ateistką i
myślałam, że to, co robię, to dar duchowy. Z czasem jednak
zrozumiałam, że ten „dar" był wykorzystywany przez
Szatana.
Mimo że wiele osób mnie otaczało, czułam się coraz bardziej
pusta, zagubiona i coraz gorzej. Będąc we Włoszech popadłam
w tak głęboką depresję, że kilka razy próbowałam odebrać
sobie życie. Chodziłam do psychiatry, przepisano mi leki,
ale nic nie pomagało.
Moja siostra, która już była chrześcijanką, nalegała:
„Musisz się modlić, czytać Biblię, chodzić do kościoła." Ale
ja odmawiałam. Mówiłam, że nigdy nie postawię stopy w
kościele ewangelickim, bo ludzie tam krzyczą i śpiewają.
Wtedy powiedziała: „Dobrze — to przynajmniej czytaj Biblię."
Tak zaczęłam, z dużym niedowierzaniem, z desperacji.
Moja sytuacja była krytyczna. Słyszałam głosy, które
popychały mnie do samobójstwa. Raz nawet próbowałam rzucić
się pod samochód. W środku tego wszystkiego, pewnego dnia
dostałam telefon od mojej przyjaciółki Marbelli z Miami.
Zapytała, jak się mam, a ja odpowiedziałam, że źle, bardzo
źle.
W głębi serca szukałam czegoś. W Rzymie trudno było znaleźć
kościół ewangeliczny. Następnego dnia Marbella poszła do
kościoła, a kiedy wyszła zadzwoniła do mnie: „Merce,
poznałam kobietę o imieniu Jackie. Mieszkała we Włoszech,
mówi po włosku i ma tam kontakty. Dałam jej twój numer." Nie
było już odwrotu — dała jej mój kontakt.
Pewnego z tych dni, kiedy znów próbowałam odebrać sobie
życie, wydarzyło się to, co nazywam cudem.
Mój partner przyszedł w samą porę, otworzył drzwi i zastał
mnie w środku tej sceny rozpaczy. Położył mnie na kanapie w
salonie i poszedł po szklankę wody. W tym czasie mój telefon
zaczął dzwonić. To był nieznany numer — nagranie od Jackie.
Mówiła: „Cześć, jestem Jackie z kościoła ewangelickiego w
Miami. Twoja znajoma dała mi twój numer, żeby porozmawiać z
tobą."
Odpowiedziałam jak mogłam: „Wybacz, nie mogę rozmawiać… módl
się za mnie, właśnie mi się to przytrafiło." Ku mojemu
zdziwieniu wysłała kolejne nagranie: „W imię Jezusa
rozkazuję wszelkiemu duchowi śmierci, żeby natychmiast ją
puścił, w mocy krwi Chrystusa." Nigdy czegoś takiego nie
słyszałam. Jackie dalej wysyłała mi nagrania, modliła się z
autorytetem, wstawiała się za moje życie. A ja płakałam,
płakałam jak nigdy dotąd.
To było moje pierwsze spotkanie z Duchem Świętym.
Tego samego wieczoru Jackie wytłumaczyła mi, co robić, a
kilka godzin później przyjęłam Jezusa Chrystusa jako swojego
Pana i zbawiciela. Od tego dnia uczyła mnie modlić się,
czytać Biblię i pokazała jak zacząć nowe życie.
Kilka tygodni później przyjechałam do Polski, żeby odwiedzić
syna. Poczułam, że muszę poszukać kościoła. We Włoszech
nigdy nie udało mi się pójść, bo wszystko było bardzo
zamknięte. Ale tutaj, w Warszawie, znalazłam Kościół
Hiszpański — pierwszy kościół, który odwiedziłam w życiu… i
od tamtej pory już w nim zostałam.
Później wróciłam do Włoch, ale już nie byłam tą samą osobą.
Podjęłam decyzję, że porzucę wszystko, co mnie wiązało z
moim dawnym życiem.
Spaliłam wszystkie moje książki o astrologii — ogromną
bibliotekę. Te, których nie mogłam spalić, porozrywałam
nożem, żeby nikt inny ich nie mógł przeczytać. Zniszczyłam
ołtarze buddyjskie, rozdarłam i wyrzuciłam teksty buddyzmu.
Nawet przybiłam młotkiem małą figurkę - posążek, którą
miałam w domu.
Mój partner myślał, że oszalałam. Ale ja wiedziałam, co
robię. Zapytałam go: „Chcesz się ożenić, tak czy nie? Nie
będę dalej żyć w grzechu." Powiedział, że nie. Wtedy
odpowiedziałam: „Ok. Odchodzę." I porzuciłam wszystko.
Wszystko - dom, partnera, kraj, pracę. Nie miałam pojęcia,
jak będę się utrzymywać… postąpiłam radykalnie.
Kiedy wróciłam do Polski na stałe, trzy dni po wprowadzeniu
się do małego studenckiego mieszkania z moim synem, Pan miał
już dla mnie coś przygotowane. W mieście odbyła się
konferencja, na którą przyjechali ludzie ze Stanów
Zjednoczonych, i ja uczestniczyłam w niej w tym hiszpańskim
kościele. Tam przeżyłam doświadczenie, które odmieniło moje
życie na zawsze: uwolnienie duchowe.
Podczas tego uwolnienia poczułam piekło. To nie metafora.
Czułam jego zapach, słyszałam głosy, czułam, jak się palę.
Był to suchy, nie do zniesienia żar. Nie mogłam mówić ani
oddychać — powietrza nie było, było sucho… jedyne, czego
pragnęłam, to wody, żeby ktoś polał mnie wodą. Pamiętam, że
pastorka mówiła: „Pali się, zdejmijcie jej sweter!" I
rzeczywiście tak było. To było okropne, ale kluczowe.
Poczułam na własnej skórze skąd Bóg mnie wyrwał.
Tego dnia zrozumiałam, że Jezus jest wodą żywą.
On jest jedynym, który może ugasić to duchowe pragnienie, tę
wieczną udrękę. Zrozumiałam to głęboko czytając Łukasza 16,
gdzie bogacz błaga Abrahama, by Łazarz zwilżył palec w
wodzie i ochłodził mu język, bo jest dręczony w płomieniach.
Ja to przeżyłam. I po tym nie było odwrotu. To, co Jezus
chciał powiedzieć, mówiąc o tym pragnieniu, to że On jest
wodą i nigdy nie będziemy już spragnieni.
Kiedy przyjęłam Jezusa do swojego życia zostałam
oczyszczona z tego bólu i cierpienia.
Przeżyłam też uzdrowienia o których opowiem w innej części.
Znalazłam swoje miejsce, swój kościół, powołanie, pracę i
idealne mieszkanie. Żyję blisko rodziny, mam wspaniałych
przyjaciół. Błogosławieństwa które przeżywam każdego dnia są
ponad wszelkie moje wyobrażenia.
Bóg naprawdę jest dobry."
- Mercedes
"Kilka tygodni temu otrzymałam wynik mammografii. Czułam
pieczenie w lewej piersi i byłam bardzo zaniepokojona. Miałam
sen — myślę, że Pan mnie ostrzegł — i nalegałam, żeby zrobić
mammografię, ale nie mówili po angielsku, więc wielokrotnie
nalegałam na syna, żeby zadzwonił… i nie dzwonił, aż w końcu
sama poszłam. Kiedy otrzymałam raport 7 kwietnia, był po polsku
i nic nie rozumiałam, ale Pan miał już wszystko idealnie
ułożone.
Mój syn pracuje w firmie zajmującej się leczeniem raka piersi
metodami i technologiami ze Stanów Zjednoczonych. Przeszedł
szkolenia medyczne, stale rozmawia z onkologami i dobrze zna
cały proces. To on przeczytał raport i powiedział: „Mamo, masz
guza o średnicy 15 milimetrów." Bardzo się zmartwił, gdy to
przeczytał, bo wiedział dokładnie, co to oznacza.
Następnego dnia poszliśmy do onkolog. Ona zbadała mnie fizycznie
i potwierdziła to, co mówiła mammografia: wyczuwalna guza po
lewej stronie. Powiedziała, że na razie nie będziemy robić
kolejnej mammografii ani USG, tylko przejdziemy bezpośrednio do
biopsji. Wyjaśniła, że będą musieli zrobić nacięcie około trzech
centymetrów, pobrać próbkę, i że do tego potrzebne są obrazy z
mammografii, aby dokładnie wiedzieć, gdzie interweniować.
Postanowiłam nie robić biopsji w tych dniach, ponieważ miałam
swoją służbę i wydarzenie w szkole - robiliśmy ewangelizację.
Moja przyjaciółka przyszła do mnie do domu i modliliśmy się i
zapytała: „Co zamierzasz zrobić z wydarzeniem dla dzieci?"
Odpowiedziałam: „POJDĘ i nie zrobię tej biopsji aż do po tym
wydarzeniu! Nie chcę, żeby cokolwiek ukradło mi radość malowania
dla nich i mówienia im o Jezusie." Pato, jak zawsze,
powiedziała: „Módlmy się…", w sobotę pastorzy modlili się dalej,
a ja poczułam prąd przechodzący przez moje ciało… i wiedziałam,
że stało się coś cudownego.
Potem zrealizowałam wydarzenie z dziećmi w poniedziałek, więc
ostatecznie we wtorek zdecydowałam się pójść na biopsję —
postawiłam Boga na pierwszym miejscu.
Joseph, mój syn, był ze mną i wszedł do sali, żeby zrobili mi
biopsję. Mieliśmy ze sobą raport od lekarki onkolog, która
wyczuła guza, i byli już gotowi. Joseph powiedział mi, że
widział igłę — była bardzo długa — i że znieczulenie już mieli
przygotowane… żeby pobrać próbkę.
Chłopak z pracowni radiologicznej widział guz na mammografii,
ale gdy ponownie go szukali, by pobrać biopsję, guz całkowicie
zniknął…
Chłopak nie rozumiał, co się stało, a ja mu powiedziałam:
„Stoisz twarzą w twarz z cudem — Jezus żyje i wciąż dokonuje
cudów". Zdezorientowany chłopak pobiegł po swoją przełożoną z
radiologii, ona przyszła zrobić mi badanie i też nic nie
znalazła…
Powiedziała do mnie: „Pani, nie wiem, kto się za Panią modlił
ani jak to się stało, ale zadziałało. Proszę się ubrać i wyjść
— jest Pani zdrowa."
Powiedziałam: „Jezus wciąż żyje…" Mój syn, poruszony, wszystko
widział i słyszał, ponieważ Bóg chciał mu pokazać, że On jest
Bogiem cudów."
- Mercedes (Świadectwo uzdrowienia)
"Wychowałam się na wsi w tradycyjnej, polskiej,
wielodzietnej rodzinie. W młodym wieku straciłam mamę. Mój
tata i bracia zmagali się z uzależnieniem od alkoholu, przez
co często dochodziło do awantur. Miałam tego dosyć i nie
potrafiłam sobie z tym poradzić, dlatego wielokrotnie, będąc
jeszcze niepełnoletnia, uciekałam z domu. Jednak musiałam
wracać, by pomagać w gospodarstwie. W tym czasie kończyłam
wieczorową szkołę, co jak na mój wiek było ogromnym
wyzwaniem.
W międzyczasie ojciec ożenił się po raz drugi i wyjechał. Ja
znalazłam pracę i zamieszkałam na stancji. Miałam mnóstwo
kompleksów i bardzo niską samoocenę. Czułam pustkę, którą
próbowałam zapełnić alkoholem, papierosami, imprezami i
towarzystwem – szczególnie w weekendy. Prowadziłam rozwiązły
tryb życia.
W wieku 28 lat wyszłam za mąż i urodziłam trójkę dzieci.
Kiedy mój syn zachorował i byliśmy w szpitalu, usłyszałam
Ewangelię o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa
od mojej znajomej – żony pastora. Dostałam Nowy Testament,
który zaczęłam czytać. Bóg zaczął do mnie realnie
przemawiać przez swoje Słowo.
Miałam wiele pytań i na wszystkie znalazłam odpowiedzi. Tak
zaczęła się moja relacja z żywym Bogiem. Pewnej nocy
wyznałam Mu wszystkie swoje grzechy, a On przyszedł z
oczyszczeniem.
Poczułam się wolna, akceptowana i kochana – czego
wcześniej nie znałam.
Pewnego wieczoru, gdy odwiedzili nas pastorowie, mój mąż
także usłyszał Ewangelię, przyjął ją do serca, został
napełniony Duchem Świętym i zaczął mówić językami (Dzieje
Apostolskie 2:1-4).
Dzięki Bogu stało się to przed tragicznym wieczorem,
kiedy mój mąż zginął w wypadku. Miałam pewność, że spotkał
się z Ojcem w niebie.
Tej nocy, zanim poznałam wiadomość, czułam ogromny ciężar i
brak pokoju w sercu. Nie wiedziałam jeszcze o wypadku.
Obudziłam się w środku nocy i zadzwoniłam na pogotowie,
gdzie poinformowano mnie o tragedii i o stanie mojej córki,
która miała jedynie kilka pęknięć dłoni. Poczułam się,
jakbym stała nad przepaścią, ale
Duch Święty przypomniał mi werset „Nie porzucę Cię ani
nie opuszczę" (Hebrajczyków 13:5), który wielokrotnie
podtrzymywał mnie na duchu, gdy przechodziłam przez trudne
doliny życia z moimi dziećmi.
Moje dzieci przejęły rolę wsparcia, a więź, którą wtedy
zbudowaliśmy, jest silna do dziś. W międzyczasie musiałam
podjąć pracę za granicą, byśmy mogli się utrzymać. Nie raz
stawałam przed wyborem: bilet na autobus czy zakupy
spożywcze. Moje dzieci dzielnie radziły sobie z obowiązkami,
które niejednokrotnie przerastały ich możliwości.
To był bardzo trudny czas, ale widzieliśmy w nim Bożą
rękę, prowadzenie, ochronę i cuda. Bóg dodawał nam sił na
każdym kroku i napełniał nasze serca pokojem.
Trwaliśmy w Nim, czytaliśmy Jego Słowo, a On nas umacniał.
Bóg jest wierny i Jego obietnice są trwałe – zawsze jest
przy mnie.
Dziś Bóg wszystko wyprostował. Nasze relacje z dziećmi są
jeszcze silniejsze, mieszkam w mieście, a dzięki nim mam
piękne mieszkanie.
Jestem zaangażowana w służbę Coffee House, która przynosi
mi wiele radości, bo warto ratować tych, którzy idą na
zatracenie. Wychodzę na ulice, rozmawiam z ludźmi, mówię o
Panu Jezusie i zbawieniu.
Słucham ich trudnych historii, modlę się za nich. Jako
służba Coffee House wysłaliśmy kilka osób na chrześcijańską
terapię do Łękini. Kilka osób zostało uratowanych,
uwolnionych od alkoholu i znalazło nowy dom.
Jestem Bogu bardzo wdzięczna, bo gdybym Go wcześniej nie
poznała, prawdopodobnie złamałabym się na zawsze. Dzięki
Niemu przeszliśmy przez wszystkie trudności i nie
ponieśliśmy klęski. Dziś służę świadectwem i mogę wspierać
innych.
„Nie złamie nadłamanej trzciny, ani nie zgasi knota tlącego
się" (Mateusza 12:20)."
- Kasia Bobowik
"Odkąd pamiętam moje życie było niekończących się
oczekiwaniem na kolejną katastrofę. W ciągłej gotowości,
tylko z chwilami na oddech, kiedy walczysz o utrzymanie się
na powierzchni zanim nakryje cię kolejna fala.
Problemy rodzinne, zaburzenia odżywiania, depresje, terapie.
W przerwach życie, najlepsze oceny, wyciąganie się na
powierzchnię nadludzkim wysiłkiem woli. „Normalność".
Jestem z rodziny niewierzącej, mój kontakt z wiarą
ograniczał się do lekcji religii i mimo, że „przyjęłam"
sakramenty wiara kojarzyła mi się z przymusem, hipokryzją i
rozczarowaniem. Mimo to szukałam Boga na swój sposób, tylko
że w niewłaściwych miejscach. Szukałam prawdy, ale nawet
jeśli wydawało mi się, że ją znajdywałam to spełnienie było
chwilowe. Kiedy miałam 15 lat znalazłam buddyzm. Potem
chciałam „coś naprawdę przeżyć". Uczyłam się na 200 procent,
imprezowałam na 200 procent. Ciągle gdzieś dalej biegłam,
myślałam że jeśli wystarczająco mocno będzie mi na czymś
zależało to osiągnę wszystko co sobie postanowię. Jeśli
wystarczająco dużo osiągnę, wystarczająco dużo będę nad sobą
pracować to znajdę spokój i spełnienie, ta wieczna tortura w
końcu się skończy. Tylko, że ten moment nigdy nie
następował.
Potem był szamanizm. Potem ciężka choroba, która przykuła
mnie na pół roku do łóżka i pozbawiła całego dotychczasowego
życia. Pewnej nocy było tak źle, że myślałam że nie dotrwam
do rana. Pamiętam, że modliłam się wtedy, żeby przeżyć.
Wyzdrowiałam, ale nie połączyłam faktów. To musiał przecież
być przypadek, jakiś szczęśliwy traf, który pasował do
mojego nowoczesnego i niezależnego życia.
Kolejna wymagająca praca, nawrót choroby, nagła śmierć
najbliższej osoby. Następny toksyczny związek, następne
zmiany w karierze i miejscu zamieszkania. Wyjechałam na
dłużej do Azji, raz, drugi, trzeci. Podróżowałam, uczyłam
się jogi, byłam wolontariuszką. Jednak poza chwilową ulgą
ciągle nie znajdowałam spełnienia i spokoju. Szczerze mówiąc
byłam u kresu sił.
Pewnego dnia, kiedy sufit znowu zawalił mi się na głowę,
w kompletnej bezsilności i desperacji zawołałam do Boga,
żeby mi pomógł.
Następnego dnia w drodze do innego miasta, usłyszałam o
Jezusie i prawdziwym osobistym doświadczeniu Boga od
dziewczyny, którą pierwszy raz w życiu spotkałam, a ona
pierwszy raz podzieliła się kimś swoją historią o
nawróceniu.
Nagle w niewytłumaczalny sposób przyszedł spokój. Nie
dały mi go godziny medytacji, ćwiczeń oddechowych, kontakt
z naturą, podróże, ani kolejne desperackie próby
poukładania sobie życia.
Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. W pakiecie
dostałam klarowność, a moje życie od drobnych po poważne
rzeczy zaczęło się układać. Budzę się z wdzięcznością i
radością za nowy dzień. Wróciła inspiracja i chęć do
rozwijania swoich talentów. Nie z przymusu, żeby coś sobie
udowodnić, ale czystej radości. Moje relacje się poprawiają,
plany naturalnie wypełniają. Nigdy nie widziałam, żeby
jakakolwiek ścieżka wyprostowała się tak szybko „sama" (a
studiowałam psychoterapię).
Zrozumiałam, że nie bez powodu przeżyłam to wszystko
prawie bez szwanku, chociaż mocno poturbowana. KTOŚ zawsze
przy mnie był, tylko ja uparcie nie chciałam tego
widzieć.
Moje życie zmieniło się, kiedy otworzyłam się na prowadzenie
i zaufałam. To nie jest kwestia autosugestii, czy samej
wiary. Byłam ostatnią osobą, o której bym pomyślała, że
kiedyś się nawróci. A jednak, CUDA się zdarzają.
Teraz po raz pierwszy dzielę się z Tobą swoją historią, tak
jak ta dziewczyna ze mną, w jeepie w drodze do innego
miasta. Mam nadzieję, że moje świadectwo da Ci nadzieję, że
nie ma rzeczy niemożliwych ani sytuacji beznadziejnych.
Jedyne czego potrzebujesz to otwarte serce i szczera chęć,
żeby poznać Jezusa, takiego jakim jest naprawdę.
Bóg wysłuchuje modlitw, nawet jeśli nie do końca w to
jeszcze wierzysz."
- Karola Koprowska
"Na początku chciałbym zburzyć pewien dystans który czasami
powstaje między osobami które siedzą i osobami które mówią,
powstaje takie myślenie, że my się mamy za lepszych, albo że
się wywyższam. Więc od siebie ale myślę że i w imieniu
innych powiem że tak wcale nie jest, jesteśmy tutaj tylko
dlatego że kiedyś byliśmy w trudnym położeniu, ale ktoś nam
pomógł, więc dziś chcemy my tą samą pomoc przekazać innym…
zresztą jak posłuchacie naszych historii, dobra będę mówił
za siebie, jak posłuchajcie mojej historii to zobaczycie że
nie mam za grosz powodów żeby czuć się lepszy od
kogokolwiek… a całe moje życie czułem się gorszy od
wszystkich.
Ale ALe Ale Ale wszystko od początku, ponieważ to jacy
jesteśmy zaczyna się od tego jaki był nasz dom, ja pochodzę
z połączenia. perfekcjonistycznego wojskowego taki właśnie
jest mój tata i pedantycznej urzędniczki która była moja
mama. Moje dzieciństwo wydawałoby się szczęśliwe, jako
jedynak miałem dużo uwagi, byłem trochę… a raczej bardzo
nadpobudliwym dzieckiem. Przez większą część swojego
dorastania uprawiałem chyba wszystkie możliwe sporty
związanie z piłka z piłką. Choć może dziś na takiego nie
wyglądam 😊
Z Bogiem nie miałem za dużo wspólnego, chociaż przyjąłem
wszystkie sakramenty kościoła powszechnego, to tak naprawdę
tylko przez chwilę próbowałem go znaleźć, jak miałem może z
14 lat chodziłem systematycznie do kościoła i modliłem się
najwięcej jak potrafiłem. Uczynkowość i brak poprawy mojego
stanu doprowadziły mnie do frustracji i szybko zaniechałem
tej drogi.
Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dobrze, ale jeśli
ktoś przyjrzał by mi się mnie z bliska, zobaczył by nie
pewnego chłopca, którego nigdy nie ma w domu i wraca do
niego najpóźniej jak się tylko, bo ucieka od siebie samego i
od alkoholu w domu, nie zrozumcie mnie źle nie były to
jakieś potężne imprezy, ale mieszkając na osiedlu wojskowym
alkohol w domu był normą.
Kiedy podwórko wychowuje dzieci prędzej czy później wpadną w
tarapaty, ja przez dłuższy czas jakoś unikałem większych
problemów i dopóki moim głównym zajęciem był sport wszystko
wydawało się w porządku.
Jednak, gdy poszedłem do szkoły średniej zdałem sobie
sprawę, że kariery już raczej nie zrobię, więc miałem coraz
więcej wolnego czasu, z którym jako chłopak pełen energii
nie widziałem za bardzo co zrobić. Szybko zaczęły się
imprezy, alkohol i narkotyki które nawet nie zauważyłem,
kiedy stały się moim główny zajęciem.
i Nawet nie zauważyłem, kiedy, ale właściwie jedynym moim
zajęciem było palenie zielska a od czasu do czasu coś
wpadało mocniejszego. Niestety dla mojej wrażliwości a może
i nadwrażliwości oraz toksycznych znajomych dragi były jak
woda na młyn. wprowadziły mnie w bagno, z którego nie
umiałem wyjść a które wciągało mnie coraz głębiej.
Brak poczucia własnej wartości, coraz głębiej postępująca
schizofrenia, brak celu oraz nadziei prowadziły do coraz
częstszych myśli samobójczych. Aż któregoś dnia podjąłem
decyzję że nie będę już się dalej męczył sam ze sobą, o
dziwo byłem wtedy trzeźw, zjadłem wszystkie tabletki
psychotropowe jakie miałem w domu 6 krotną dawkę śmiertelną,
nie chciałem być uratowany, nie napisałem listu pożegnalnego
do nikogo nie dzwoniłem byłem pewny że nikogo nie mam.
Z perspektywy czasu widzę jednak że już wtedy Bóg nade
mną czuwał ponieważ mój Tata wstał… za potrzebą i usłyszał
że się krztuszę, nieprzytomny dławiłem się własnymi
wymiocinami.
Wiecie że on prawie nigdy nie zaglądał do mojego pokoju?
Jako były strażak zadzwonił po karetkę i zaczął mnie
resuscytować i prawdopodobnie uratował mi życie.
Czasami tak jest że Bóg uwalnia od czegoś natychmiast ja tak
miałem z dragami, alkoholi i kłamstwa, moich własnych
kłamstw i kłamstwa na temat jaki jestem. Ale z fajkami
musiałem powalczyć, zajęło mi 3 lata żeby je rzucić,
starałem się jak mogłem, bywało że wytrzymywałem miesiąc,
bywało że pół roku i cały czas wracałem - zwykły mechanizm
uzależnienia który każdy z was napewno zna.
Jednak ja byłem innym człowiekiem, choć były momenty że
chciałem się poddać, to gdy wracałem do Bożego Słowa gdy
zaczynałem się modlić to widziałem jak wiele Jezus poświęcił
za mnie i to mnie motywowało żeby oddać mu ten obszar, to
mnie motywowało do tego żeby być w pełni wolnym człowiekiem.
Próbowałem tak wielu rzeczy silnej woli, tabletek, nawet
urlop wziąłem żeby się zaszyć, myślałem że jak z tydzień
wytrzymam to będzie łatwiej.
Po 3 latach walki wierze że też z Bożą pomocą po której
kolejnej próbie tym razem już wytrzymałem i nie palę po
dziś dzień.
Miałem pracę, później po kilku latach, nawet nie szukając a
tylko modląc się znalazłem drugą pracę od Boga, a później i
3 w tej pracuję do dziś. Przez te trzy lata także naprawiłem
relacje z moimi rodzicami, oraz nauczyłem się szanować ich i
kochać. Moimi największymi pragnieniami było iść na modlitwę
i na grupę domową.
Gdybyście w 2012 roku powiedzieli mi że tak będzie
wyglądać moje życie, pewnie bym was wyśmiał i zwyzywał.
Dziś jestem wdzięczny Jezusowi bo jestem w pełni świadomy
że to tylko Jego zasługa, ponieważ ja o własnych
staraniach doszedłem do zupełnie innego miejsca.
Dbanie o relację - to jest moja siła.
Kiedy zacząłem już stawać na nogi przyglądałem się temu
słowu: Beznadziejny – pozbawiony szansy,
pozbawiony przyszłości, nic już z niego nie będzie. Jest to
bardzo mocne słowo, którego często nadużywamy, chciałbym
żebyśmy, żebyś ty drogi słuchaczu od dziś przestał używać
tego trudnego słowa w stosunku do innych ludzi. Ponieważ tą
łatkę bycia beznadziejnym jest tak ciężko od siebie
odciąć.
Teraz mam nadzieję i ta nadzieja jest dla każdego
ponieważ w księdze Ezechiela 593-571 p.n.e czyli 2,5
tysiąca lat temu są zapisane takie słowa: „Pan mówi: Nie
chcę śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i żył". Ez
33, 11"
- Kamil Urbanowicz
"Kilka lat temu podczas treningu jeździeckiego spadłam z
konia. Niestety, upadłam na twarz i uszkodziłam kilka kręgów
szyjnych. Trafiłam do szpitala, gdzie założono mi kołnierz
ortopedyczny i udzielono odpowiednich wskazówek – dożywotni
zakaz jazdy potwierdzony przez trzech niezależnych lekarzy.
Ortopedzi mówili, że ból będzie mi towarzyszył do końca
życia.
Jeździectwo było dla mnie nie tylko największą pasją, ale i
stylem życia – marzyłam, by zostać trenerką i mieć własną
stajnię. Dyslokacje kręgów powodowały tak silny ból, że
każdy dzień był ogromnym cierpieniem. Kiedy tylko mogłam,
leżałam, korzystałam z różnych form fizjoterapii i brałam
tabletki przeciwbólowe.
Kiedy poznałam Jezusa, uświadomiłam sobie, że On może zabrać
całe moje cierpienie – nikt nie pragnie zdjąć z nas bólu
bardziej niż On! Skoro to czytacie, to znaczy, że tak się
właśnie stało.
Pewnego dnia podczas modlitwy w kościele wyszłam do
przodu, poczułam Bożą obecność, a moje ciało zaczęło się
trząść – nie ze strachu, lecz z dotyku Boga. Od tamtej
chwili ból w szyi zniknął zupełnie!
Mogę ponownie działać i cieszyć się życiem (choć na konia
już nie wsiądę 🤣).
Bóg naprawdę jest najlepszym lekarzem i chce nas uzdrowić
bardziej niż ktokolwiek inny!"
- Aurora Jaworska
Wers na dziś
"Bóg jest miłością, a kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim."– 1 Jana 4:16