Gospel Days 2025

GOSPEL DAYS 2025

Nabożeństwo
📍 Gietkowska 10D, Olsztyn
W każdą niedzielę
11:00
Zapraszamy na wspólne nabożeństwo – otwarte dla każdego!
„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam odpocznienie."
– Jezus (Ewangelia Mateusza 11:28)

„Jesteśmy ludźmi, którzy odkryli, że życie z Bogiem naprawdę ma sens.

Gospel Days to przestrzeń, którą stworzyliśmy z serca – dla każdego, kto szuka sensu, relacji, nadziei i wsparcia.

Wiemy, że wielu z nas doświadczyło trudnych sytuacji w życiu, zawodów, bólu, zniechęcenia. Może ktoś Cię zranił, a może Ty kogoś. Może czułeś się oceniony, niezrozumiany, pominięty, a może niszczy Cię wstyd czy nieprzebaczenie.

Jedno wiemy na pewno- Bóg jest miłością, kocha Cię. On przyjmuje każdego kto do Niego się zwraca, prosi Go o pomoc, jest dostępny w każdym momencie życia, pośród naszych pytań słabości i historii.

Nie trzeba być „religijnym", żeby z nami pogadać.
Nie oceniamy. Słuchamy.

Jesteśmy częścią chrześcijańskiej wspólnoty w Olsztynie – Kościoła „Twoja Przystań" ⚓, który działa w Polsce od wielu lat i należy do szerszej rodziny Kościołów Ewangelicznych.

Możesz przyjść, zadać pytanie, pomilczeć, napić się herbaty.

To jest przystań – dla Ciebie."

Co to jest Ewangelia?

Ewangelia – słowo, które wielu z nas słyszało już nieraz. Ale czy kiedykolwiek naprawdę zastanowiłeś się, o co w niej tak właściwie chodzi? Może obiło Ci się kiedyś o uszy określenie „Dobra Nowina". Brzmi zachęcająco, prawda? A jednak tak niewielu naprawdę wie, co się pod nim kryje.

I właśnie dlatego tu jesteśmy — my, chrześcijanie — by się tym podzielić.

Każdy z nas, bez wyjątku, w pewnym momencie swojego życia zgrzeszył. Nie ma człowieka, który nigdy nie zboczył z właściwej ścieżki. Choćbyśmy starali się naprawić swoje błędy dobrymi uczynkami, to i tak nie wystarczy… Bo tego, co już się wydarzyło, nie da się cofnąć.

Być może słyszałeś już, co Biblia mówi o grzechu:

„Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć" (Rz 6,23)

„Dusza, która grzeszy, ta umrze" (Ez 18,20)

„To wasze winy są tym, co was oddziela od waszego Boga" (Iz 59,2)

Brzmi to poważnie… Więc gdzie w tym wszystkim kryje się ta dobra wiadomość?

Właśnie w Jezusie.

To On przyszedł na świat, wziął na siebie grzech każdego człowieka, zaniósł go na krzyż, oddał za nas swoje życie — i zmartwychwstał. To, co było nie do naprawienia po naszej stronie, On wziął na siebie. Zapłacił, choć sam był bez grzechu — doskonały Syn Boży.

Co zatem pozostaje nam?
Zaskakująco… nic.

I nie, to nie jest żart. Łaska to dar — a daru nie da się „dopełnić" uczynkami, bo przestałby być darem. Można go jedynie przyjąć.

Dlatego właśnie mówimy dziś o Dobrej Nowinie. Bo każdy z nas, kto żył kiedyś w ciemności, został zawołany po imieniu — i od tej chwili może cieszyć się pełnią wolności. I to nie na chwilę, ale na zawsze.

Biblia jasno pokazuje, jak można ten dar przyjąć:

„Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie."
(Rz 10,9–10)

I właśnie to jest w tym wszystkim najpiękniejsze, prawda?

„Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił."
– Efezjan 2:8-9

Nie musisz mieć wszystkich odpowiedzi

Wystarczy, że powiesz Bogu:

„Boże, jeśli naprawdę istniejesz, pomóż mi Cię poznać"

A On odpowie na szczere serce.

Świadectwa

Nagrania video

Krzysztof

"Jeszcze kilka lat temu Bóg był mi obcy i zwracałem się do niego tylko pod wpływem wewnętrznego strachu lecz gdy on minął mijała także ta obłudna relacja. Nie potrzebowałem go bo sam byłem silny, nieśmiertelny, miałem innych bożków takich jak pieniądze czy używki, do czasu aż straciłem swoją siłę na wszystko.

Wszystko wokół mnie nie było już dla mnie ważne. Ani moja rodzina ani ja sam nie mówiąc o jakichkolwiek relacjach z innymi. Wtedy też uważałem, że chyba jednak Boga nie ma, a ja jestem tak złą osobą, która niszczy wszystko co ją otacza i krzywdzi najbliższych, że lepiej będzie umrzeć niż się męczyć życiem.

Doszedłem do tak wielkiego muru że wydawało mi się iż jest on nie do rozbicia przez nikogo i znałem już nawet datę swojej śmierci. Czułem wielki zawód sobą jako ojcem dwóch cudownych córek, że nie dałem rady wychować ich tak jak zawsze mówiłem że tego chcę.

I wtedy chyba pierwszy raz w życiu myśląc o swoim życiu, tym że byłem kiedyś szczęśliwy ze swoją rodziną zanim popadłem w uzależnienie płakałem i rozmawiałem z Bogiem. Mówiłem mu, że nie mam już siły aby dalej żyć, prosiłem aby czuwał nad moją rodziną i aby moje dziewczyny zrozumiały, że beze mnie będzie im lepiej.

Ale nieeeeeee - Bóg jednak znalazł inne rozwiązanie i okazał swoją miłość oraz łaskę dla takiego degenerata jak ja.

8 października na mojej drodze życiowej pojawił się mój anioł stróż i od tego dnia zaczęło się wszystko zmieniać - była to terapeutka mojej żony jak sama o sobie mówi „jestem Ewa żona Adama pastora"

To dzięki Ewie i zaproszeniu na Weekend Małżonków Alma w 2023 roku moje/nasze życie zaczęło się zmieniać. Zaczęliśmy się ze sobą komunikować, uczęszczać do Twojej Przystani. Zaczęło się pojawiać we mnie uczucie przebaczenia, zrozumienia i wiara w to że jednak mogę jeszcze być szczęśliwy.

To co jest dziś, to jak wygląda Nasze życie, jak się nim cieszymy z Żoną, to droga cudów, trwająca już 20 miesięcy.

Wiem, że to co się wydarzyło tego 8 października to nie przypadek. Pamiętam słowa Adama na Almie który mówił że mimo braku Naszej wiary w Nasze małżeństwo oni w Nas wierzą i kiedyś będę o tym mówił innym.

I to jest właśnie ten dzień 8 czerwca czyli 20 miesięcy później proroctwo Adama się wypełnia. Dziękuję Bogu za moje nowe życie i chce podążać przez nie z nim."

- Krzysztof

"Wychowałam się w rodzinie, w której chrześcijaństwo postrzegano przede wszystkim jako element polskiej tradycji, a nie jako osobistą wiarę. Przyjęłam chrzest i Pierwszą Komunię Świętą, jednak w tamtym czasie nie rozumiałam, na czym polega prawdziwa relacja z Bogiem.

Ponieważ zawsze czułam, że istnieje coś więcej, zaczęłam poszukiwać swojej ścieżki duchowej w innych miejscach. Czytałam wiele książek o duchowości, głównie związanych z tematyką wędrówki dusz, reinkarnacji, energii i podobnych zagadnień. Praktykowałam różne metody duchowe, aby nawiązać kontakt z „wyższą energią". Medytowałam, wprowadzałam się w różnego rodzaju stany transowe, by poznać swoje poprzednie wcielenia, uczyłam się pracy z energią Reiki oraz prowadziłam pracę ze snami.

Nic z tych doświadczeń nie potrafiło wypełnić pustki, którą w sobie nosiłam. Miałam wrażenie, że rozumiem coraz więcej, jednak mój stan psychiczny i fizyczny się pogarszał. Przez większość życia zmagałam się z różnego rodzaju zaburzeniami psychicznymi: depresją, zaburzeniami lękowymi, zaburzeniami odżywiania. Bardzo pragnęłam zrozumieć sens tego, co mnie spotyka, i szukałam rozwiązania swoich problemów w praktykach duchowych. Przynosiły mi one jedynie chwilową ulgę, po której następowało pogorszenie.

W końcu spotkałam mężczyznę, który był tak samo otwarty na duchowość jak ja. Zajmował się pracą z energią, a ja bardzo szybko pozwoliłam mu prowadzić na mnie swoje terapie. Początkowo sesje przynosiły mi ogromną ulgę i spokój. Czułam, jak moje traumy z dzieciństwa oraz tłumione emocje zaczynają się uwalniać. Efekty były spektakularne, co sprawiało, że otwierałam się coraz bardziej.

Jednak po pewnym czasie wszystko zaczęło się pogarszać. Zaczęłam mieć koszmary, których wcześniej nigdy nie doświadczyłam w takim nasileniu. Te sesje sprawiały, że stawałam się coraz bardziej zależna od tego mężczyzny. Kiedy traktował mnie źle, nie potrafiłam postawić granic. Nasza relacja pogarszała się, nie chciałam z nim być, ale nie mogłam odejść.

W końcu dotarło do mnie, że energia, z którą pracuje ten mężczyzna, nie pochodzi z dobrego źródła. Poprosiłam o pomoc moją znajomą chrześcijankę, która pojawiła się w moim życiu mniej więcej w tym samym czasie co on. Czułam, że muszę wrócić do Kościoła, żeby oczyścić się z wpływu tych terapii.

To był najbardziej przełomowy moment w moim życiu. Otworzyłam swoje serce na Jezusa i przyjęłam Go do siebie. Chrześcijaństwo przez większość mojego życia było dla mnie odrzucające, ale w tamtym momencie poczułam, że to jedyna prawda, która może mnie ocalić od całego mroku. I tak się stało.

Jezus mnie uratował, zabrał cały mrok, który wpuściłam, i uleczył moje poranione serce. Dzięki Niemu odzyskałam swoją tożsamość, w końcu wiem, kim naprawdę jestem. Nadal trudno mi uwierzyć, że rozwiązanie było tak proste. Mimo że popełniłam wiele błędów, które były sprzeczne z Jego nauką, On przyjął mnie, wybaczył i zaakceptował.

Dzięki Niemu każdego dnia staję się lepszym człowiekiem. Nigdy wcześniej nie czułam w sobie tyle miłości, którą teraz mogę dzielić z innymi ludźmi. Jestem dumna, że mogę nosić to światło w sobie. Moje życie dopiero teraz się zaczęło."

- Świadectwo anonimowe

Mercedes

"Nazywam się Mercedes i dziś chcę Wam opowiedzieć, jak Pan wyratował mnie z najgłębszej otchłani i dał mi nowe życie.

Przez ponad 20 lat byłam pogrążona w okultyzmie. Profesjonalnie zajmowałam się astrologią i miałam ponad 600 klientów na całym świecie. Byłam też praktykującą buddystką przez 18 lat. Nie wierzyłam w Boga, byłam ateistką i myślałam, że to, co robię, to dar duchowy. Z czasem jednak zrozumiałam, że ten „dar" był wykorzystywany przez Szatana.

Mimo że wiele osób mnie otaczało, czułam się coraz bardziej pusta, zagubiona i coraz gorzej. Będąc we Włoszech popadłam w tak głęboką depresję, że kilka razy próbowałam odebrać sobie życie. Chodziłam do psychiatry, przepisano mi leki, ale nic nie pomagało.

Moja siostra, która już była chrześcijanką, nalegała: „Musisz się modlić, czytać Biblię, chodzić do kościoła." Ale ja odmawiałam. Mówiłam, że nigdy nie postawię stopy w kościele ewangelickim, bo ludzie tam krzyczą i śpiewają. Wtedy powiedziała: „Dobrze — to przynajmniej czytaj Biblię." Tak zaczęłam, z dużym niedowierzaniem, z desperacji.

Moja sytuacja była krytyczna. Słyszałam głosy, które popychały mnie do samobójstwa. Raz nawet próbowałam rzucić się pod samochód. W środku tego wszystkiego, pewnego dnia dostałam telefon od mojej przyjaciółki Marbelli z Miami. Zapytała, jak się mam, a ja odpowiedziałam, że źle, bardzo źle.

W głębi serca szukałam czegoś. W Rzymie trudno było znaleźć kościół ewangeliczny. Następnego dnia Marbella poszła do kościoła, a kiedy wyszła zadzwoniła do mnie: „Merce, poznałam kobietę o imieniu Jackie. Mieszkała we Włoszech, mówi po włosku i ma tam kontakty. Dałam jej twój numer." Nie było już odwrotu — dała jej mój kontakt.

Pewnego z tych dni, kiedy znów próbowałam odebrać sobie życie, wydarzyło się to, co nazywam cudem. Mój partner przyszedł w samą porę, otworzył drzwi i zastał mnie w środku tej sceny rozpaczy. Położył mnie na kanapie w salonie i poszedł po szklankę wody. W tym czasie mój telefon zaczął dzwonić. To był nieznany numer — nagranie od Jackie. Mówiła: „Cześć, jestem Jackie z kościoła ewangelickiego w Miami. Twoja znajoma dała mi twój numer, żeby porozmawiać z tobą."

Odpowiedziałam jak mogłam: „Wybacz, nie mogę rozmawiać… módl się za mnie, właśnie mi się to przytrafiło." Ku mojemu zdziwieniu wysłała kolejne nagranie: „W imię Jezusa rozkazuję wszelkiemu duchowi śmierci, żeby natychmiast ją puścił, w mocy krwi Chrystusa." Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. Jackie dalej wysyłała mi nagrania, modliła się z autorytetem, wstawiała się za moje życie. A ja płakałam, płakałam jak nigdy dotąd. To było moje pierwsze spotkanie z Duchem Świętym.

Tego samego wieczoru Jackie wytłumaczyła mi, co robić, a kilka godzin później przyjęłam Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i zbawiciela. Od tego dnia uczyła mnie modlić się, czytać Biblię i pokazała jak zacząć nowe życie.

Kilka tygodni później przyjechałam do Polski, żeby odwiedzić syna. Poczułam, że muszę poszukać kościoła. We Włoszech nigdy nie udało mi się pójść, bo wszystko było bardzo zamknięte. Ale tutaj, w Warszawie, znalazłam Kościół Hiszpański — pierwszy kościół, który odwiedziłam w życiu… i od tamtej pory już w nim zostałam.

Później wróciłam do Włoch, ale już nie byłam tą samą osobą. Podjęłam decyzję, że porzucę wszystko, co mnie wiązało z moim dawnym życiem. Spaliłam wszystkie moje książki o astrologii — ogromną bibliotekę. Te, których nie mogłam spalić, porozrywałam nożem, żeby nikt inny ich nie mógł przeczytać. Zniszczyłam ołtarze buddyjskie, rozdarłam i wyrzuciłam teksty buddyzmu. Nawet przybiłam młotkiem małą figurkę - posążek, którą miałam w domu.

Mój partner myślał, że oszalałam. Ale ja wiedziałam, co robię. Zapytałam go: „Chcesz się ożenić, tak czy nie? Nie będę dalej żyć w grzechu." Powiedział, że nie. Wtedy odpowiedziałam: „Ok. Odchodzę." I porzuciłam wszystko. Wszystko - dom, partnera, kraj, pracę. Nie miałam pojęcia, jak będę się utrzymywać… postąpiłam radykalnie.

Kiedy wróciłam do Polski na stałe, trzy dni po wprowadzeniu się do małego studenckiego mieszkania z moim synem, Pan miał już dla mnie coś przygotowane. W mieście odbyła się konferencja, na którą przyjechali ludzie ze Stanów Zjednoczonych, i ja uczestniczyłam w niej w tym hiszpańskim kościele. Tam przeżyłam doświadczenie, które odmieniło moje życie na zawsze: uwolnienie duchowe.

Podczas tego uwolnienia poczułam piekło. To nie metafora. Czułam jego zapach, słyszałam głosy, czułam, jak się palę. Był to suchy, nie do zniesienia żar. Nie mogłam mówić ani oddychać — powietrza nie było, było sucho… jedyne, czego pragnęłam, to wody, żeby ktoś polał mnie wodą. Pamiętam, że pastorka mówiła: „Pali się, zdejmijcie jej sweter!" I rzeczywiście tak było. To było okropne, ale kluczowe. Poczułam na własnej skórze skąd Bóg mnie wyrwał.

Tego dnia zrozumiałam, że Jezus jest wodą żywą. On jest jedynym, który może ugasić to duchowe pragnienie, tę wieczną udrękę. Zrozumiałam to głęboko czytając Łukasza 16, gdzie bogacz błaga Abrahama, by Łazarz zwilżył palec w wodzie i ochłodził mu język, bo jest dręczony w płomieniach. Ja to przeżyłam. I po tym nie było odwrotu. To, co Jezus chciał powiedzieć, mówiąc o tym pragnieniu, to że On jest wodą i nigdy nie będziemy już spragnieni.

Kiedy przyjęłam Jezusa do swojego życia zostałam oczyszczona z tego bólu i cierpienia. Przeżyłam też uzdrowienia o których opowiem w innej części. Znalazłam swoje miejsce, swój kościół, powołanie, pracę i idealne mieszkanie. Żyję blisko rodziny, mam wspaniałych przyjaciół. Błogosławieństwa które przeżywam każdego dnia są ponad wszelkie moje wyobrażenia. Bóg naprawdę jest dobry."

- Mercedes

"Kilka tygodni temu otrzymałam wynik mammografii. Czułam pieczenie w lewej piersi i byłam bardzo zaniepokojona. Miałam sen — myślę, że Pan mnie ostrzegł — i nalegałam, żeby zrobić mammografię, ale nie mówili po angielsku, więc wielokrotnie nalegałam na syna, żeby zadzwonił… i nie dzwonił, aż w końcu sama poszłam. Kiedy otrzymałam raport 7 kwietnia, był po polsku i nic nie rozumiałam, ale Pan miał już wszystko idealnie ułożone.

Mój syn pracuje w firmie zajmującej się leczeniem raka piersi metodami i technologiami ze Stanów Zjednoczonych. Przeszedł szkolenia medyczne, stale rozmawia z onkologami i dobrze zna cały proces. To on przeczytał raport i powiedział: „Mamo, masz guza o średnicy 15 milimetrów." Bardzo się zmartwił, gdy to przeczytał, bo wiedział dokładnie, co to oznacza.

Następnego dnia poszliśmy do onkolog. Ona zbadała mnie fizycznie i potwierdziła to, co mówiła mammografia: wyczuwalna guza po lewej stronie. Powiedziała, że na razie nie będziemy robić kolejnej mammografii ani USG, tylko przejdziemy bezpośrednio do biopsji. Wyjaśniła, że będą musieli zrobić nacięcie około trzech centymetrów, pobrać próbkę, i że do tego potrzebne są obrazy z mammografii, aby dokładnie wiedzieć, gdzie interweniować.

Postanowiłam nie robić biopsji w tych dniach, ponieważ miałam swoją służbę i wydarzenie w szkole - robiliśmy ewangelizację. Moja przyjaciółka przyszła do mnie do domu i modliliśmy się i zapytała: „Co zamierzasz zrobić z wydarzeniem dla dzieci?" Odpowiedziałam: „POJDĘ i nie zrobię tej biopsji aż do po tym wydarzeniu! Nie chcę, żeby cokolwiek ukradło mi radość malowania dla nich i mówienia im o Jezusie." Pato, jak zawsze, powiedziała: „Módlmy się…", w sobotę pastorzy modlili się dalej, a ja poczułam prąd przechodzący przez moje ciało… i wiedziałam, że stało się coś cudownego.

Potem zrealizowałam wydarzenie z dziećmi w poniedziałek, więc ostatecznie we wtorek zdecydowałam się pójść na biopsję — postawiłam Boga na pierwszym miejscu.

Joseph, mój syn, był ze mną i wszedł do sali, żeby zrobili mi biopsję. Mieliśmy ze sobą raport od lekarki onkolog, która wyczuła guza, i byli już gotowi. Joseph powiedział mi, że widział igłę — była bardzo długa — i że znieczulenie już mieli przygotowane… żeby pobrać próbkę. Chłopak z pracowni radiologicznej widział guz na mammografii, ale gdy ponownie go szukali, by pobrać biopsję, guz całkowicie zniknął… Chłopak nie rozumiał, co się stało, a ja mu powiedziałam: „Stoisz twarzą w twarz z cudem — Jezus żyje i wciąż dokonuje cudów". Zdezorientowany chłopak pobiegł po swoją przełożoną z radiologii, ona przyszła zrobić mi badanie i też nic nie znalazła… Powiedziała do mnie: „Pani, nie wiem, kto się za Panią modlił ani jak to się stało, ale zadziałało. Proszę się ubrać i wyjść — jest Pani zdrowa." Powiedziałam: „Jezus wciąż żyje…" Mój syn, poruszony, wszystko widział i słyszał, ponieważ Bóg chciał mu pokazać, że On jest Bogiem cudów."

- Mercedes (Świadectwo uzdrowienia)

Kasia Bobowik

"Wychowałam się na wsi w tradycyjnej, polskiej, wielodzietnej rodzinie. W młodym wieku straciłam mamę. Mój tata i bracia zmagali się z uzależnieniem od alkoholu, przez co często dochodziło do awantur. Miałam tego dosyć i nie potrafiłam sobie z tym poradzić, dlatego wielokrotnie, będąc jeszcze niepełnoletnia, uciekałam z domu. Jednak musiałam wracać, by pomagać w gospodarstwie. W tym czasie kończyłam wieczorową szkołę, co jak na mój wiek było ogromnym wyzwaniem.

W międzyczasie ojciec ożenił się po raz drugi i wyjechał. Ja znalazłam pracę i zamieszkałam na stancji. Miałam mnóstwo kompleksów i bardzo niską samoocenę. Czułam pustkę, którą próbowałam zapełnić alkoholem, papierosami, imprezami i towarzystwem – szczególnie w weekendy. Prowadziłam rozwiązły tryb życia.

W wieku 28 lat wyszłam za mąż i urodziłam trójkę dzieci. Kiedy mój syn zachorował i byliśmy w szpitalu, usłyszałam Ewangelię o życiu, śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa od mojej znajomej – żony pastora. Dostałam Nowy Testament, który zaczęłam czytać. Bóg zaczął do mnie realnie przemawiać przez swoje Słowo. Miałam wiele pytań i na wszystkie znalazłam odpowiedzi. Tak zaczęła się moja relacja z żywym Bogiem. Pewnej nocy wyznałam Mu wszystkie swoje grzechy, a On przyszedł z oczyszczeniem. Poczułam się wolna, akceptowana i kochana – czego wcześniej nie znałam.

Pewnego wieczoru, gdy odwiedzili nas pastorowie, mój mąż także usłyszał Ewangelię, przyjął ją do serca, został napełniony Duchem Świętym i zaczął mówić językami (Dzieje Apostolskie 2:1-4). Dzięki Bogu stało się to przed tragicznym wieczorem, kiedy mój mąż zginął w wypadku. Miałam pewność, że spotkał się z Ojcem w niebie.

Tej nocy, zanim poznałam wiadomość, czułam ogromny ciężar i brak pokoju w sercu. Nie wiedziałam jeszcze o wypadku. Obudziłam się w środku nocy i zadzwoniłam na pogotowie, gdzie poinformowano mnie o tragedii i o stanie mojej córki, która miała jedynie kilka pęknięć dłoni. Poczułam się, jakbym stała nad przepaścią, ale Duch Święty przypomniał mi werset „Nie porzucę Cię ani nie opuszczę" (Hebrajczyków 13:5), który wielokrotnie podtrzymywał mnie na duchu, gdy przechodziłam przez trudne doliny życia z moimi dziećmi.

Moje dzieci przejęły rolę wsparcia, a więź, którą wtedy zbudowaliśmy, jest silna do dziś. W międzyczasie musiałam podjąć pracę za granicą, byśmy mogli się utrzymać. Nie raz stawałam przed wyborem: bilet na autobus czy zakupy spożywcze. Moje dzieci dzielnie radziły sobie z obowiązkami, które niejednokrotnie przerastały ich możliwości.

To był bardzo trudny czas, ale widzieliśmy w nim Bożą rękę, prowadzenie, ochronę i cuda. Bóg dodawał nam sił na każdym kroku i napełniał nasze serca pokojem. Trwaliśmy w Nim, czytaliśmy Jego Słowo, a On nas umacniał. Bóg jest wierny i Jego obietnice są trwałe – zawsze jest przy mnie.

Dziś Bóg wszystko wyprostował. Nasze relacje z dziećmi są jeszcze silniejsze, mieszkam w mieście, a dzięki nim mam piękne mieszkanie. Jestem zaangażowana w służbę Coffee House, która przynosi mi wiele radości, bo warto ratować tych, którzy idą na zatracenie. Wychodzę na ulice, rozmawiam z ludźmi, mówię o Panu Jezusie i zbawieniu. Słucham ich trudnych historii, modlę się za nich. Jako służba Coffee House wysłaliśmy kilka osób na chrześcijańską terapię do Łękini. Kilka osób zostało uratowanych, uwolnionych od alkoholu i znalazło nowy dom.

Jestem Bogu bardzo wdzięczna, bo gdybym Go wcześniej nie poznała, prawdopodobnie złamałabym się na zawsze. Dzięki Niemu przeszliśmy przez wszystkie trudności i nie ponieśliśmy klęski. Dziś służę świadectwem i mogę wspierać innych.

„Nie złamie nadłamanej trzciny, ani nie zgasi knota tlącego się" (Mateusza 12:20)."

- Kasia Bobowik

Karola Koprowska

"Odkąd pamiętam moje życie było niekończących się oczekiwaniem na kolejną katastrofę. W ciągłej gotowości, tylko z chwilami na oddech, kiedy walczysz o utrzymanie się na powierzchni zanim nakryje cię kolejna fala.

Problemy rodzinne, zaburzenia odżywiania, depresje, terapie. W przerwach życie, najlepsze oceny, wyciąganie się na powierzchnię nadludzkim wysiłkiem woli. „Normalność".

Jestem z rodziny niewierzącej, mój kontakt z wiarą ograniczał się do lekcji religii i mimo, że „przyjęłam" sakramenty wiara kojarzyła mi się z przymusem, hipokryzją i rozczarowaniem. Mimo to szukałam Boga na swój sposób, tylko że w niewłaściwych miejscach. Szukałam prawdy, ale nawet jeśli wydawało mi się, że ją znajdywałam to spełnienie było chwilowe. Kiedy miałam 15 lat znalazłam buddyzm. Potem chciałam „coś naprawdę przeżyć". Uczyłam się na 200 procent, imprezowałam na 200 procent. Ciągle gdzieś dalej biegłam, myślałam że jeśli wystarczająco mocno będzie mi na czymś zależało to osiągnę wszystko co sobie postanowię. Jeśli wystarczająco dużo osiągnę, wystarczająco dużo będę nad sobą pracować to znajdę spokój i spełnienie, ta wieczna tortura w końcu się skończy. Tylko, że ten moment nigdy nie następował.

Potem był szamanizm. Potem ciężka choroba, która przykuła mnie na pół roku do łóżka i pozbawiła całego dotychczasowego życia. Pewnej nocy było tak źle, że myślałam że nie dotrwam do rana. Pamiętam, że modliłam się wtedy, żeby przeżyć. Wyzdrowiałam, ale nie połączyłam faktów. To musiał przecież być przypadek, jakiś szczęśliwy traf, który pasował do mojego nowoczesnego i niezależnego życia.

Kolejna wymagająca praca, nawrót choroby, nagła śmierć najbliższej osoby. Następny toksyczny związek, następne zmiany w karierze i miejscu zamieszkania. Wyjechałam na dłużej do Azji, raz, drugi, trzeci. Podróżowałam, uczyłam się jogi, byłam wolontariuszką. Jednak poza chwilową ulgą ciągle nie znajdowałam spełnienia i spokoju. Szczerze mówiąc byłam u kresu sił.

Pewnego dnia, kiedy sufit znowu zawalił mi się na głowę, w kompletnej bezsilności i desperacji zawołałam do Boga, żeby mi pomógł.

Następnego dnia w drodze do innego miasta, usłyszałam o Jezusie i prawdziwym osobistym doświadczeniu Boga od dziewczyny, którą pierwszy raz w życiu spotkałam, a ona pierwszy raz podzieliła się kimś swoją historią o nawróceniu. Nagle w niewytłumaczalny sposób przyszedł spokój. Nie dały mi go godziny medytacji, ćwiczeń oddechowych, kontakt z naturą, podróże, ani kolejne desperackie próby poukładania sobie życia.

Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. W pakiecie dostałam klarowność, a moje życie od drobnych po poważne rzeczy zaczęło się układać. Budzę się z wdzięcznością i radością za nowy dzień. Wróciła inspiracja i chęć do rozwijania swoich talentów. Nie z przymusu, żeby coś sobie udowodnić, ale czystej radości. Moje relacje się poprawiają, plany naturalnie wypełniają. Nigdy nie widziałam, żeby jakakolwiek ścieżka wyprostowała się tak szybko „sama" (a studiowałam psychoterapię).

Zrozumiałam, że nie bez powodu przeżyłam to wszystko prawie bez szwanku, chociaż mocno poturbowana. KTOŚ zawsze przy mnie był, tylko ja uparcie nie chciałam tego widzieć. Moje życie zmieniło się, kiedy otworzyłam się na prowadzenie i zaufałam. To nie jest kwestia autosugestii, czy samej wiary. Byłam ostatnią osobą, o której bym pomyślała, że kiedyś się nawróci. A jednak, CUDA się zdarzają.

Teraz po raz pierwszy dzielę się z Tobą swoją historią, tak jak ta dziewczyna ze mną, w jeepie w drodze do innego miasta. Mam nadzieję, że moje świadectwo da Ci nadzieję, że nie ma rzeczy niemożliwych ani sytuacji beznadziejnych. Jedyne czego potrzebujesz to otwarte serce i szczera chęć, żeby poznać Jezusa, takiego jakim jest naprawdę. Bóg wysłuchuje modlitw, nawet jeśli nie do końca w to jeszcze wierzysz."

- Karola Koprowska

Kamil Urbanowicz

"Na początku chciałbym zburzyć pewien dystans który czasami powstaje między osobami które siedzą i osobami które mówią, powstaje takie myślenie, że my się mamy za lepszych, albo że się wywyższam. Więc od siebie ale myślę że i w imieniu innych powiem że tak wcale nie jest, jesteśmy tutaj tylko dlatego że kiedyś byliśmy w trudnym położeniu, ale ktoś nam pomógł, więc dziś chcemy my tą samą pomoc przekazać innym… zresztą jak posłuchacie naszych historii, dobra będę mówił za siebie, jak posłuchajcie mojej historii to zobaczycie że nie mam za grosz powodów żeby czuć się lepszy od kogokolwiek… a całe moje życie czułem się gorszy od wszystkich.

Ale ALe Ale Ale wszystko od początku, ponieważ to jacy jesteśmy zaczyna się od tego jaki był nasz dom, ja pochodzę z połączenia. perfekcjonistycznego wojskowego taki właśnie jest mój tata i pedantycznej urzędniczki która była moja mama. Moje dzieciństwo wydawałoby się szczęśliwe, jako jedynak miałem dużo uwagi, byłem trochę… a raczej bardzo nadpobudliwym dzieckiem. Przez większą część swojego dorastania uprawiałem chyba wszystkie możliwe sporty związanie z piłka z piłką. Choć może dziś na takiego nie wyglądam 😊

Z Bogiem nie miałem za dużo wspólnego, chociaż przyjąłem wszystkie sakramenty kościoła powszechnego, to tak naprawdę tylko przez chwilę próbowałem go znaleźć, jak miałem może z 14 lat chodziłem systematycznie do kościoła i modliłem się najwięcej jak potrafiłem. Uczynkowość i brak poprawy mojego stanu doprowadziły mnie do frustracji i szybko zaniechałem tej drogi.

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dobrze, ale jeśli ktoś przyjrzał by mi się mnie z bliska, zobaczył by nie pewnego chłopca, którego nigdy nie ma w domu i wraca do niego najpóźniej jak się tylko, bo ucieka od siebie samego i od alkoholu w domu, nie zrozumcie mnie źle nie były to jakieś potężne imprezy, ale mieszkając na osiedlu wojskowym alkohol w domu był normą.

Kiedy podwórko wychowuje dzieci prędzej czy później wpadną w tarapaty, ja przez dłuższy czas jakoś unikałem większych problemów i dopóki moim głównym zajęciem był sport wszystko wydawało się w porządku.

Jednak, gdy poszedłem do szkoły średniej zdałem sobie sprawę, że kariery już raczej nie zrobię, więc miałem coraz więcej wolnego czasu, z którym jako chłopak pełen energii nie widziałem za bardzo co zrobić. Szybko zaczęły się imprezy, alkohol i narkotyki które nawet nie zauważyłem, kiedy stały się moim główny zajęciem.

i Nawet nie zauważyłem, kiedy, ale właściwie jedynym moim zajęciem było palenie zielska a od czasu do czasu coś wpadało mocniejszego. Niestety dla mojej wrażliwości a może i nadwrażliwości oraz toksycznych znajomych dragi były jak woda na młyn. wprowadziły mnie w bagno, z którego nie umiałem wyjść a które wciągało mnie coraz głębiej.

Brak poczucia własnej wartości, coraz głębiej postępująca schizofrenia, brak celu oraz nadziei prowadziły do coraz częstszych myśli samobójczych. Aż któregoś dnia podjąłem decyzję że nie będę już się dalej męczył sam ze sobą, o dziwo byłem wtedy trzeźw, zjadłem wszystkie tabletki psychotropowe jakie miałem w domu 6 krotną dawkę śmiertelną, nie chciałem być uratowany, nie napisałem listu pożegnalnego do nikogo nie dzwoniłem byłem pewny że nikogo nie mam.

Z perspektywy czasu widzę jednak że już wtedy Bóg nade mną czuwał ponieważ mój Tata wstał… za potrzebą i usłyszał że się krztuszę, nieprzytomny dławiłem się własnymi wymiocinami.

Wiecie że on prawie nigdy nie zaglądał do mojego pokoju?

Jako były strażak zadzwonił po karetkę i zaczął mnie resuscytować i prawdopodobnie uratował mi życie.

Czasami tak jest że Bóg uwalnia od czegoś natychmiast ja tak miałem z dragami, alkoholi i kłamstwa, moich własnych kłamstw i kłamstwa na temat jaki jestem. Ale z fajkami musiałem powalczyć, zajęło mi 3 lata żeby je rzucić, starałem się jak mogłem, bywało że wytrzymywałem miesiąc, bywało że pół roku i cały czas wracałem - zwykły mechanizm uzależnienia który każdy z was napewno zna.

Jednak ja byłem innym człowiekiem, choć były momenty że chciałem się poddać, to gdy wracałem do Bożego Słowa gdy zaczynałem się modlić to widziałem jak wiele Jezus poświęcił za mnie i to mnie motywowało żeby oddać mu ten obszar, to mnie motywowało do tego żeby być w pełni wolnym człowiekiem. Próbowałem tak wielu rzeczy silnej woli, tabletek, nawet urlop wziąłem żeby się zaszyć, myślałem że jak z tydzień wytrzymam to będzie łatwiej.

Po 3 latach walki wierze że też z Bożą pomocą po której kolejnej próbie tym razem już wytrzymałem i nie palę po dziś dzień.

Miałem pracę, później po kilku latach, nawet nie szukając a tylko modląc się znalazłem drugą pracę od Boga, a później i 3 w tej pracuję do dziś. Przez te trzy lata także naprawiłem relacje z moimi rodzicami, oraz nauczyłem się szanować ich i kochać. Moimi największymi pragnieniami było iść na modlitwę i na grupę domową.

Gdybyście w 2012 roku powiedzieli mi że tak będzie wyglądać moje życie, pewnie bym was wyśmiał i zwyzywał. Dziś jestem wdzięczny Jezusowi bo jestem w pełni świadomy że to tylko Jego zasługa, ponieważ ja o własnych staraniach doszedłem do zupełnie innego miejsca.

Dbanie o relację - to jest moja siła.

Kiedy zacząłem już stawać na nogi przyglądałem się temu słowu: Beznadziejny – pozbawiony szansy, pozbawiony przyszłości, nic już z niego nie będzie. Jest to bardzo mocne słowo, którego często nadużywamy, chciałbym żebyśmy, żebyś ty drogi słuchaczu od dziś przestał używać tego trudnego słowa w stosunku do innych ludzi. Ponieważ tą łatkę bycia beznadziejnym jest tak ciężko od siebie odciąć.

Teraz mam nadzieję i ta nadzieja jest dla każdego ponieważ w księdze Ezechiela 593-571 p.n.e czyli 2,5 tysiąca lat temu są zapisane takie słowa: „Pan mówi: Nie chcę śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i żył". Ez 33, 11"

- Kamil Urbanowicz

Aurora Jaworska

"Kilka lat temu podczas treningu jeździeckiego spadłam z konia. Niestety, upadłam na twarz i uszkodziłam kilka kręgów szyjnych. Trafiłam do szpitala, gdzie założono mi kołnierz ortopedyczny i udzielono odpowiednich wskazówek – dożywotni zakaz jazdy potwierdzony przez trzech niezależnych lekarzy. Ortopedzi mówili, że ból będzie mi towarzyszył do końca życia.

Jeździectwo było dla mnie nie tylko największą pasją, ale i stylem życia – marzyłam, by zostać trenerką i mieć własną stajnię. Dyslokacje kręgów powodowały tak silny ból, że każdy dzień był ogromnym cierpieniem. Kiedy tylko mogłam, leżałam, korzystałam z różnych form fizjoterapii i brałam tabletki przeciwbólowe.

Kiedy poznałam Jezusa, uświadomiłam sobie, że On może zabrać całe moje cierpienie – nikt nie pragnie zdjąć z nas bólu bardziej niż On! Skoro to czytacie, to znaczy, że tak się właśnie stało.

Pewnego dnia podczas modlitwy w kościele wyszłam do przodu, poczułam Bożą obecność, a moje ciało zaczęło się trząść – nie ze strachu, lecz z dotyku Boga. Od tamtej chwili ból w szyi zniknął zupełnie! Mogę ponownie działać i cieszyć się życiem (choć na konia już nie wsiądę 🤣).

Bóg naprawdę jest najlepszym lekarzem i chce nas uzdrowić bardziej niż ktokolwiek inny!"

- Aurora Jaworska

Wers na dziś

"Bóg jest miłością, a kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim."
– 1 Jana 4:16